Niebieskie Pudełko Małe dziecko Zdrowie dziecka Bakterie na smoczku – czy należy się bać?

Bakterie na smoczku – czy należy się bać?

bakteria na smoczku

Są badania wskazujące, że smoczki mogą być dla niemowląt źródłem bardzo poważnych infekcji. Jak dać sobie radę z potencjalnym niebezpieczeństwem i nie zwariować?

Żyjemy w czasach, gdy czystość stała się priorytetem, a czasem i obsesją. Dezynfekujemy, szorujemy, sterylizujemy więc, bojąc się bakterii i wirusów jak ognia. W przypadku bezbronnych noworodków i niemowląt ma to sporo sensu, ale z drugiej strony, badacze wskazują również, że pozbawianie dzieci zbyt długo kontaktu z drobnoustrojami prowadzi do obniżenia odporności i negatywnych reakcji immunologicznych. Smoczek jest o tyle zdradzieckim „gadżetem”, że są dzieci, które mają go w ustach praktycznie non-stop, przez długie miesiące, a nawet lata. Jakby tego było mało, smoczek wypada z buzi wszędzie tam, gdzie nie powinien – w sklepie, na ulicy, w przychodni – czasem nie sposób jest tego wszystkiego ogarnąć.

Smoczek pod lupą

Naukowcy z Uniwersytetu Oklahoma, w Stanach Zjednoczonych, postanowili przyjrzeć się drugiemu dnu… smoczka i pobrali używane okazy od zdrowych dzieci, a następnie poddali je złożonym testom. Nie tylko oglądano po mikroskopem widoczne na materiale drobnoustroje, ale także pozostawiono próbki do kolonizacji. Jakie były rezultaty? Dla każdego rodzica porażające.

Okazało się bowiem, że na powierzchni przeciętnego smoczka i w jego porach rezyduje ponad 40 różnych rodzajów bakterii, łącznie z gronkowcem mogącym powodować infekcje skórne, a w rzadkich przypadkach także sepsę, czyli zakażenie krwi. Ponadto, na ulubionych dziecięcych fetyszach znaleziono również bakterie listeriozy, drożdżaki, pleśń oraz bakterie powodujące zapalenie płuc. Całe to nieciekawe towarzystwo tworzy na powierzchni silikonowego wypustka film, który żyje swoim własnym życiem i regularnie ląduje w buzi maluszka.

Ssanie może być groźne?

Zdaniem naukowców powtórne wkładanie tej szalejącej kolonii drobnoustrojów do ust może powodować u niemowląt i starszych dzieci nawracające infekcje górnych dróg oddechowych, nagłe i chroniczne zapalenia ucha środkowego, a także problemy gastryczne, łącznie z kolkami. Brzmi to paradoksalnie, wziąwszy pod uwagę, że płaczącemu z powodu kolkowi maluszkowi zawsze wkłada się smoczek do buzi…

Można by podejrzewać, że niektórzy rodzice po prostu nie myją smoczków dostatecznie często. Niestety, naukowcy również wpadli na ten pomysł i sami spróbowali umyć smoczek. Okazuje się, że dobrze rozwinięty bakteryjny film na smoczku nie poddaje się ani działaniu mydła, ani wrzątku, ani popularnych substancji odkażających. Najlepszym możliwym środkiem ochrony wydaje się więc regularna wymiana smoczków – zdaniem badaczy z Oklahomy, idealnie raz na dwa tygodnie!

Druga strona medalu

Który rodzic nie zna frustracji związanej ze smoczkiem lądującym nagle na chodniku czy w piaskownicy? Dziecko krzyczy, zapasowy smoczek zniknął już wcześniej, brakuje ciepłej wody z mydłem do przemycia smoczka. W takiej sytuacji każdy ma swoje przyzwyczajenia – jeden wyczyści silikonowy ssaczek chusteczką do pupy, drugi obetrze go o rękaw, trzeci wsadzi sobie do ust i obmyje własną śliną.

Ta ostatnia praktyka wywołuje największe kontrowersje. Z jednej strony bowiem, dentyści przestrzegają przed kontaktem śliny niemowlęcia ze śliną dorosłego z uwagi na obecność w tej drugiej bakterii powodujących próchnicę. Z drugiej, szwedzkie badania naukowe wskazują z kolei, że ślina rodzica może działać na dziecko uodparniająco!

Jak to możliwe? Szwedzcy badacze obserwowali prawie 200 dzieci od momentu narodzenia do wieku trzech lat. Okazało się, że maluchy, których rodzice „myli” smoczki własną śliną, miały o 63% mniejsze szanse na rozwinięcie egzemy i aż o 88% mniejsze prawdopodobieństwo zachorowania na astmę. Paradoksalnie, dzieci, których rodzice najsumienniej wygotowywali smoczki, najczęściej wyrastały na astmatyków. Naukowcy tłumaczą ten fenomen uodparniającym działaniem „dorosłych” bakterii, które prowokują system immunologiczny do prawidłowego działania.

Jak być w tym wszystkim mądrym?

Dzieci nie muszą, a nawet nie powinny żyć w wysterylizowanym środowisku, bo to zdecydowanie nie sprzyja zdrowiu i odpłaci się srodze w czasie uczęszczania do przedszkola – oazy wirusów i bakterii. Niemniej jednak, smoczek jest bardzo wyjątkowym „pomocnikiem”. Wkładany wciąż do ust, często brudnymi od raczkowania rączkami, jest bardzo często dotykany też przez dorosłych i rodzeństwo, stając się przysłowiowym koniem trojańskim dla mikrobów.

Zalecenie, aby wyrzucać wszystkie smoczki co dwa tygodnie i kupować nowe, spodoba się tylko rodzicom nie liczącym pieniędzy – większości z nas przysporzy jedynie powód do stresu. Naturalnie, trzeba więc znaleźć złoty środek, który uwzględni ograniczenia finansowe, a także potrzeby i zdrowie dziecka. Czerwona obwódka wokół ust oraz nawracające infekcje ucha czy dróg oddechowych to znak, że ze smoczkami warto trochę powalczyć.

Generalnie, im krócej i rzadziej maluch będzie używał smoczka, tym dla wszystkich lepiej. Odzwyczajanie półrocznego malca od ssania jest o wiele łatwiejsze niż potyczki z uzależnionym dwulatkiem. Bezwzględnie należy także wyrzucić smoczki po przebytej przez dziecko poważnej chorobie takiej jak angina czy zapalenie oskrzeli – sterylizacji nie można do końca ufać, gdyż drobnoustroje łatwo wnikają w pory silikonu. Okresowo wymieniajmy też wszystkie smoczki, minimum co dwa miesiące, aby po prostu chuchać na zimne. W końcu smoczek ma być przyjacielem rodziny, a nie jej wrogiem!

Tagi: ,

Twoje korzyści z rejestracji

  • Udział w Niebieskim Konkursie
  • Darmowe e-booki
  • Darmowe szkolenia online
  • Newsletter z poradami na 34 tygodnie ciąży i 12 miesięcy życia dziecka
  • Oferty i zniżki dopasowane do Ciebie
  • Wymiana doświadczeń na Forum
ZAREJESTRUJ SIĘ

Zobacz również

Skomentuj jako pierwszy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Forum

Forum

Pakiety

Pakiety

Placówki