On rozstał się z tobą

Sama interpretacja porzucenia jako krzywdy jest bardzo szkodliwa – mówi Katarzyna Miller. Nie godzimy się na to, że wszystko mija. Także miłość. Pytamy ze łzami w oczach: „Dlaczego właśnie mnie to spotkało?”. – A dlaczego nie, skoro rozstanie to część życia – odpowiada psychoterapeutka.

Karolina Morelowska: Przygotowując się do naszego spotkania, znalazłam w internecie stronę: www.rozstania.pl. Czy to oznacza, że aż tak bardzo nie radzimy sobie z tym momentem w życiu?

Katarzyna Miller: Próbujemy zapanować nad swoim życiem, oswoić je, mieć „www” na wszystko. Nie śmieję się z tego, to wcale nie jest taki zły pomysł. W Ameryce, kiedy ludziom źle się dzieje, coś nie działa, natychmiast zwołują podobnych do siebie, jednoczą się w grupy samopomocy. U nas to ciągle nie jest popularny sposób radzenia sobie z problemami. Tymczasem z rozstaniem nie umiemy się godzić. Zastanawiam się, skąd u kobiet taki potworny szok, kiedy mężczyzna odchodzi. Przecież wiele z nas związuje się z mężczyznami z tzw. odzysku, tak? Skoro on zrobił to w przeszłości – odszedł – należy liczyć się z tym, że zrobi to znowu. A my się dziwimy, jesteśmy potwornie zaskoczone. Poza tym rozstanie, co bardzo ważne i przede wszystkim z tego musimy zdac sobie sprawe, zaakceptować to, jest elementem życia. Zwyczajnie. To się po prostu dzieje, jak świat światem. I dziać się będzie zawsze. My też porzucamy. Naturalnie, kiedy na coś bardzo czekamy, wkładamy w to mnóstwo serca, energii, nastawiamy się na coś, pokładamy w tym nadzieje, takie rozstanie jest kawałkiem końca świata. On odchodzi i nie ma już nic – tak czujemy.

K.M.: Każda z nas boi się odrzucenia. Szczególnie bolesne i niezrozumiałe jest wtedy, kiedy on zapewniał: „Jesteś wyjątkowa, jedyna”. Wówczas mówię takiej kobiecie: „Powinnaś zawsze wiedzieć, że jesteś wyjątkowa i jedyna na świecie”. To nie może być obraz nas samych, aktualny jedynie, kiedy przeglądamy się w oczach mężczyzny. Jeśli poczucie swojej wyjatkowości mamy w sobie, meżczyzna, odchodzac od nas, nie zabiera go ze sobą. Jeśli go nie mamy, a on nam je przyniósł i był jedynym jego nośnikiem, to kiepska sprawa. Taka kobieta czuje się nie tylko porzucona, jest ograbiona.

Z samej siebie?

K.M.: Nie ma na czym się oprzeć. Wtedy jesteśmy zrozpaczone, na granicy depresji. W takich momentach potrafimy pogłębiać jeszcze swój ból na wiele sposobów, np. błagajac mężczyznę, aby został, wrócił. Tego, dla poczucia własnej wartości, robić nie wolno. Jak można prosić kogoś, kto czegoś nie chce, aby chciał? Przeszło i koniec. Naszym życiowym brakiem, wielkim brakiem w sposobie wychowywania jest to, że nie uczy się nas szacunku dla przemijania. Wszystko mija. Miłość też.

A my ciągle się z tym nie godzimy?

K.M.: I chcemy zatrzymać czas w kawałkach. Nie da się. Doda dała rzucić się Nergalowi? Czego więcej chcemy, aby wiedzieć, że nic nie trwa wiecznie? Z drugiej strony, pani Nowakowa z trzeciego piętra jest z panem Nowakiem już 27 lat. Tylko że, być może, oni nie mieli wygórowanych oczekiwań wobec siebie, miłości, związku, życia. Bo to oczekiwania nas gubią. My bardzo często nie potrafimy godzić się z rozstaniem wcale nie dlatego, że tak bardzo żałujemy tego konkretnego człowieka, który od nas odchodzi, ale dlatego, że to, co się dzieje, to, że jesteśmy rzucane, nie wpisuje się w nasz plan, nie współgra z naszymi oczekiwaniami. Mamy skłonność do inwestowania w wymarzanie sobie drugiego człowieka i tego, w jaki sposób będzie postępował. Czyli w iluzje. Jeśli widzimy własne oczekiwania, a nie drugą osobę, to ona nas prędzej czy później na sto procent zawiedzie, a jeśli nas jeszcze do tego zostawi, mamy poczucie bycia ofiarą. Zostawiona kobieta zadaje pytanie: „Dlaczego właśnie mnie to spotkało?”. Odpowiedz brzmi: „A dlaczego nie? Dlaczego może to spotkać kogoś innego, a ciebie nie?”. Jest taka tajemnica w nastawieniu do życia, polegająca na jedności przeciwieństw, na paradoksie. Nie czekam na rozstanie, nie wywołuje go, ale nie zdziwie się, że może przydarzyć się właśnie mnie. Jeżeli akceptujemy fakt, że życie jest procesem, to przyjmujemy do świadomości, że każdy aspekt tego procesu jest ważny, cenny. Także rozstanie. Mówię o tym tyle po to, aby każda kobieta wiedziała, że to, jak radzimy sobie z taką stratą, zależy od naszego nastawienia do życia, od naszej dojrzałości. I żeby uświadomić, że my w momencie porzucenia bardzo często rozpaczamy nie po konkretnym, kochanym człowieku, ale nad sama sobą.

Może boimy się samej zmiany? To naturalne.

K.M.: To wcale nie jest naturalne. Boimy się jej tak panicznie, bo tak jesteśmy wychowywane. Nie uczy się nas wykształcenia w sobie „dorosłego”, stawiania czoła temu, co nowe, co potencjalnie jest wyzwaniem. Do tego mamy tendencje trwania w bólu.

Zostajemy porzucone i nie mamy pojecia, co zrobić, aby się przemóc i pójść dalej, więc tkwimy w miejscu.

K.M.: Tak, trzymamy się swojej krzywdy. Z przyzwyczajenia. Już samo rozumienie porzucenia jako krzywdy jest, w kontekście naszych przyszłych, kolejnych doświadczeń, bardzo toskyczne, niebezpieczne. Zatrzymujemy się na krzywdzie i zaczynamy złą robotę. Po pierwsze, rozpoczynamy gdybanie: „Gdybym wtedy tak mu nie powiedziała…”, „Gdybym wtedy z nim poszła…”. Pamiętam sytuację, kiedy jakiś mój związek nie
wypalił i zamęczałam siebie takimi myślami. Ale złapałam się na tym. Zadałam sobie pytanie, czego ja chce od siebie, dlaczego znowu się czepiam siebie. I poczułam ulge, że sama sobie już nie chce dalej dokładać. Że nie chcę zwracać tego, co się wydarzyło, przeciwko sobie. Wtedy pogratulowałam sobie zdanego egzaminu dojrzałosci.
Zdarza się nam także zadawać pytania z innej, toksycznej puli: „Co ja mam takiego, że mnie nie chciał?”, „Co ona ma takiego, że ją wybrał?”. To nie ma nic do rzeczy. To są stereotypowe pytania i błagam kobiety, żeby przestały je sobie stawiać i pogrążać się w tego rodzaju cierpieniu.

Powiedziała Pani, że interpretacja rozstania jako krzywdy jest błędna, ale przecież ktoś nas istotnie skrzywdził, to jak mamy sobie to interpretować?

K.M.: Przyjąć, że ten etap po prostu się zakończył, zamknął. Było go w naszym życiu tyle, ile mogło być.

Nie wolno sobie popłakać?

K.M.: Wręcz przeciwnie. Umiejętność przeżywania swoich uczuć to jedna z najważniejszych rzeczy w sztuce życia. Trzeba pozwolić sobie na wszystkie emocje. Jeśli to był ważny mężczyzna, ważny związek, wręcz trzeba swoje wypłakać. Nie namawiam do robienia dobrej miny do złej gry. Nie namawiam do udawania, że nic się nie stało. Nie namawiam absolutnie do tego, aby poszukać ukojenia w innych ramionach. Trzeba odcierpieć. Żałoba może trwać nawet do półtora roku. Pod warunkiem że opłakujemy rzeczywiście coś wartościowego, co utraciłyśmy, a nie swoje niezrealizowane oczekiwania. To jest duża różnica. Uzasadnione uczucie żalu nie jest tożsame z poczuciem końca świata. Ale także w tym pierwszym przypadku trzeba zacząć stawać na nogach. Wtedy warto wyjść do ludzi. Unikać samotności. Oprzeć się na swoich przyjaciołach. Poprosić, żeby chociaż z nami byli. Pamiętam, że dzwoniłam do przyjaciół i pytałam: „Czy mogę do was wpaść i tylko sobie z wami posiedzieć? Jestem smutna, nie nadaję się do niczego, ale nie chcę być sama”. Tego nie można się bać, wstydzić. I to bardzo dobrze robi. I tak, krok po kroku, z czasem zaczynamy zdawać sobie sprawę, że świat się nigdy nie skończy tylko dlatego, że ktoś od nas odszedł.

Zdarza się, że „leczenie” trwa, a my nagle zaczynamy wracać do muzyki, która coś nam przypomina, czytać listy od niego, oglądać wspólne zdjęcia…

K.M.: Jeśli wychodzi pani od dentysty i do zaplombowanego zęba zaczyna wciskać sobie zapałki, palce, żeby sprawdzić, czy a nuż tam jeszcze coś nie boli, to jaki może być tego efekt? Jak pani będzie sobie ciągle przypominać tylko chwile wspaniałości, to się pani od tego nie uwolni. Coś, co minęło, skończyło się, trzeba w którymś momencie puścić. Trzeba zaopiekować się sobą, mieć dla siebie czułość i zrozumienie. Jak się pani opiekuje kimś, kogo spotkało coś trudnego, bolesnego? Dobija go pani czy wyciąga rękę z ciepłą herbatą?

Wyciągam rękę.

K.M.: No to w ten ząb też nie należy sobie pchać palca.

To dlaczego go pchamy?

K.M.: Znowu wrócę do wychowania. Niech mi pani pokaże szczęśliwe kobiety, na które od małego patrzą ich córki. Niewiele takich przypadków spotykamy. Żyjemy w nałogu cierpienia i umartwiania się nad sobą. Mamy to wdrukowane już w dzieciństwie. Od kogo mogłybyśmy uczyć się dojrzałego i mądrego przeżywania uczuć, także tych bolesnych? Więc na pani pytanie, dlaczego nie umiemy pożegnać się z naszym bólem, kiedy jesteśmy zostawiane, porzucane, odpowiadam: z przyzwyczajenia do cierpienia tak żyjemy.

Skoro umiemy przedłużać w nieskończoność ten ból rozstania, może potrafimy nauczyć się też to cierpienie skracać.

K.M.: Na siłę nie warto. Człowiek uczciwy wobec siebie czuje: „O, jeszcze mnie boli”, albo „O, czuję, że przechodzi”, „O, wróciło, ale tym razem już zdecydowanie na krócej”, czyli jest coraz lepiej. A co zrobić, żeby potem, już po wszystkim, nie uciekać od życia ze strachu? K.M.: Jak ktoś chce uciekać od życia, to jego strata. Ale nad strachem można pracować tak, aby przestał nami rządzić. Można i warto nauczyć się akceptować życie. W całości. Także z bólem, który ono niesie. Dojrzały człowiek wie, że któregoś dnia kończy się czas na łzy! Czuje ulgę. Wstaje i idzie dalej. Z radością.

rozmawiała Karolina Morelowska
karolina.morelowska@guj.pl

Twoje korzyści z rejestracji

  • Udział w Niebieskim Konkursie
  • Darmowe e-booki
  • Darmowe szkolenia online
  • Newsletter z poradami na 34 tygodnie ciąży i 12 miesięcy życia dziecka
  • Oferty i zniżki dopasowane do Ciebie
  • Wymiana doświadczeń na Forum
ZAREJESTRUJ SIĘ

Zobacz również

Skomentuj jako pierwszy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Forum

Forum

Pakiety

Pakiety

Placówki